Wysadzić Gomułkę

onet logo

Śląsk z pewnością nie kojarzył się komunistom najlepiej. W przeciągu dwóch lat ktoś dwukrotnie przygotował tam zamach na najwyższych przedstawicieli władzy. Jak się później okazało był to ten sam mężczyzna.

3 grudnia 1961 roku to data, która na długo pozostała w pamięci mieszkańców Zagórza i Władysława Gomułki, który o mały włos nie stracił tam życia. „Około godziny 12:06, ulicą Krakowską od strony kopalni, wyjechała grupa samochodów, wśród których znalazły się trzy reprezentatywne limuzyny (…). Gdy auta zrównały się z posesją nr 47, nastąpił wybuch miny ukrytej w przydrożnym słupku. Ranne zostały dwie osoby: dziewczynka, która przebywała akurat w domu przy Krakowskiej 47 i przechodzący w pobliżu górnik wracający z uroczystości. Odłamki posiekały też czarną limuzynę, wziętą przez zamachowca za samochód, którym jechała delegacja partyjno-rządowa” pisał dr Adam Dziuba z katowickiego oddziału IPN.

Znalezienie sprawcy śledczy potraktowali priorytetowo. Zwłaszcza, że dwa lata wcześniej, niemal w tym samym miejscu, ktoś już próbował wysadzić limuzynę Gomułki i Chruszczowa. Sprawcy tamtego zamachu nie odnaleziono, a z braku dowodów śledztwo umorzono. Nikt jeszcze nie wiedział, że za obydwoma zamachami miał stać ten sam mężczyzna.

O mały włos…

Dla śledczych z Milicji Obywatelskiej sprawa zaczęła się 15 lipca 1959 r. Z okazji 15-lecia Władzy Ludowej, w Zagórzu (dzisiejszej dzielnicy Sosnowca) gościła delegacja rządowa z Władysławem Gomułką, Edwardem Gierkiem (wówczas I sekretarzem KW PZPR w Katowicach) oraz samym Nikitą Chruszczowem na czele. Około godz. 14.30 na trasie ich przejazdu eksplodował ładunek wybuchowy.

Dziesięciokilogramowa bomba umieszczona w koronie drzewa wybuchła na godzinę przed planowanym przejazdem oficjeli. Wybuch był znacznych rozmiarów. Drzewo rozsadziło w drobny pył, a z pobliskich domów wyleciały szyby. Eksplozja nie wyrządziła jednak większych szkód poza zranieniem przechodzącego mężczyzny.

Całą sprawę naturalnie wyciszono, żadna gazeta zarówno w tym jak i w kolejnym przypadku, o eksplozjach nie wspominała ani słowem. Próba zabicia I sekretarza kłóciła się przecież z linią programową partii, która podkreślała swoją więź z ludem. Aż dziwi fakt, że informacja o próbie zamachu na Chruszczowa nie wyciekła do prasy zagranicznej.

Pomijając już fakt podniesienia ręki na najwyższych urzędników komunistycznego aparatu, dodatkowo kompromitujące były okoliczności zajścia, obnażające słabe zabezpieczenia wizyty. Dzień wcześniej ktoś bezkarnie zawiesił na drzewie bombę i to 100 m od posterunku MO. Nie dziwi więc fakt, że do rozwiązania tej zagadki przydzielono dodatkowych funkcjonariuszy. Rozpoczęto śledztwo o kryptonimie „Ukryty”.

Znalezione szczątki zegarka, sugerujące bombę z licznikiem zegarowym, naprowadziły śledczych na trop, jakoby zamachowiec mógł być zegarmistrzem. Dwa lata później okaże się, że niesłusznie. W tamtym czasie znaleźli się jednak pierwsi podejrzani. W sumie w toku postępowania ścisłej inwigilacji poddano 406 osób. 23 z nich zatrzymano na 48 godzin, a wobec 9-ciu zastosowano areszt tymczasowy. Nikt jednak nie przyznał się do winy, a brak wystarczających dowodów sprawił, że 27 lutego 1961 r. śledztwo zostało umorzone.

Drugi zamach

Organizując w grudniu 1961 r. w Zagórzu kolejną wizytę I sekretarza, wprowadzono szczególne środki ostrożności. Z uwagi na to, że sprawca zamachu sprzed dwóch lat wciąż nie został ujęty, na trasie przejazdu delegacji partyjno- rządowej pojawiły się m.in. trzy identyczne kolumny samochodów. Niewiele osób wiedziało w której limuzynie wieziony był Władysław Gomułka.

Kiedy bomba eksplodowała obok jednego z pojazdów, Gomułka nadal znajdował się w pobliskiej kopalni węgla („Porąbka”). Jej otwarcie było kluczowym punktem wizyty. Zamachowiec błędnie wytypował swój cel, nie mając przecież pojęcia o tym, że dla bezpieczeństwa podstawiono dodatkowe samochody.

Skutki wybuchu tym razem były dramatyczne. Oprócz powybijanych szyb w oknach, zraniona została 13-latka, przebywająca w pobliskim mieszkaniu. Udało się ją uratować, ale została sparaliżowana. Mniej szczęścia miał przypadkowy mężczyzna, który znalazł się w pobliżu miejsca eksplozji. Nie przeżył.

Natychmiast po zamachu SB i MO rozpoczęły akcję „Antena”, której zadaniem było wykrycie sprawcy. W tym celu utworzono specjalne grupy operacyjne, które przesłuchiwały podejrzanych. Na miejscu podczas zabezpieczania materiału dowodowego, funkcjonariusze odnaleźli fragment przewodu, który posłużył zamachowcowi do detonacji ładunku. Znajdowały się na nim ślady cięcia. Założono więc, że poszukiwana osoba musiała znać się na łączności i elektryczności, a być może miała nawet dostęp do materiałów wybuchowych. Tym razem trop okazał się słuszny.

Pogawędki w celi

Do 18 grudnia sztab operacyjny wytypował grupę 500 osób, które mogłyby mieć coś wspólnego z zamachem. Głównie z Zagórza i okolic. Następnie grupę podejrzanych zawężono do 71 osób, u których jednego dnia przeprowadzono przeszukania szukając śladów narzędzi, którymi mogły być wykonane urządzenia inicjujące wybuch. Szczególną uwagę śledczych zwrócił 29-letni Stanisław Jaros, domorosły elektryk z Zagórza.

W jego domu funkcjonariusze znaleźli elektronarzędzia i materiały wybuchowe. Kiedy odnaleziono cążki, które idealnie pasowały do śladów pozostawionych na znalezionym przewodzie, nikt nie miał wątpliwości, że mają właściwego człowieka. Późniejsza ekspertyza potwierdziła tylko te przypuszczenia.

Wraz z Jarosem aresztowano także dwóch jego najbliższych kolegów i szwagra. Do zatrzymania tych osób doszło następnego dnia. Po zatrzymaniu, Jaros krótko przebywał w Będzinie, a 28 grudnia został osadzony w Centralnym Więzieniu w Katowicach. Aby uzyskać od niego zeznania, śledczy uciekli się jednak do podstępu.

W jego celi nie tylko zainstalowano podsłuch, ale podstawiono również agenta, która miał udawać osadzonego. Oficer pod przykrywką (agent SB o kryptonimie „11”) spędzał z nim długie godziny na rozmowach. 7 stycznia 1962 r. w trakcie jednej z takich pogawędek Jaros przyznał się do własnoręcznego skonstruowania bomby oraz przeprowadzenia zamachów w Zagórzu. Towarzyszowi z celi wyznał, że jego czyn był polityczną manifestacją. 9 maja w Sądzie Wojewódzkim w Katowicach ruszył utajniony proces przeciwko zamachowcowi, w trakcie którego wyszły na jaw okoliczności i motywy jakimi kierował się sprawca.

Nie był typem odludka…

Stanisław Jaros (ur. 19 stycznia 1932 r.) nie ukończył żadnych szkół, był samoukiem. Mieszkał z matką, nie miał żony. Pracował dorywczo, nie miał stałego zajęcia. W związku z tym, że doskonale znał się na elektryce sąsiedzi często prosili go o drobne naprawy, za które otrzymywał jakieś pieniądze. Kilka razy zaciągał się do pracy w kopalni, skąd jak się później okazało, podkradał narzędzia i materiały wybuchowe.

W trakcie śledztwa wyszło bowiem na jaw, że Jaros miał już na koncie incydenty z użyciem materiałów wybuchowych. W latach 1949-1953 wysadził m.in. stację benzynową, transformator w kopalni „Stalin”, skrzynię połączeń semaforowych w Dąbrowie Górniczej, słup wysokiego napięcia w sosnowieckiej Hucie im. M. Buczka, a także koparkę w kopalni

„Kazimierz”. Były to akcje sabotażowe, do których Jaros się przyznał. Zaniechał ich na jakiś czas kiedy otrzymał wezwanie do odbycia służby wojskowej, które de facto ukończył z odznaką wzorowego żołnierza.

Nie był jednak typem odludka. Miał kolegów.

– Lubiłem go. Nigdy z nami nie rozmawiał o polityce i bombach, gadaliśmy o sporcie, piłce nożnej. Przychodził do klubu sportowego, bo był kibicem, jak ja. Wysportowany, nieźle ubrany, nosił czarną, skórzaną kurtkę, dobrze wyglądał – wspominał po latach Tadeusz Jędrzejec, młodszy kolega Jarosa z Zagórza w rozmowie z portalem Zagłębie.info.

Dla sądu nie było wątpliwości – Jaros był piromanem. Co ciekawe, sam oskarżony przyznał, że celem jego pierwszego zamachu wcale nie było zabicie Chruszczowa, lecz ośmieszenie organów bezpieczeństwa. Przedwczesna eksplozja nie była przypadkowa i miała również za zadanie zamanifestować, że w Polsce nadal istnieje silna opozycja polityczna. Sędziowie dali wiarę tym tłumaczeniom.

To tylko fragment tekstu opublikowanego w serwisie Onet.pl. Cały artykuł dostępny jest na stronie internetowej  serwisu.

Autor: Kamil Nadolski

Warto przeczytać:

gomulka

Anita Prażmowska, Władysław Gomułka, Wydawnictwo RM, 2016.

Dodaj komentarz