Blagierzy z Białego Domu

Wydaje wam się, że kampania z udziałem Trumpa i Clinton przekroczyła już wszelkie granice żenady pod względem wzajemnych oskarżeń i insynuacji? To żadna nowość, a historia lubi się powtarzać mówi Joseph Cummins, amerykański historyk i autor książki „Gra o Biały Dom”, w której prześledził chwyty wszystkich kandydatów na prezydenta z ostatnich 225 lat. I wychodzi na to, że Thomas Jefferson wcale nie był lepszy…

  Trump Clinton, Historicon

Wielu komentatorów ocenia, że z każdą kolejną kampanią prezydencką w Stanach robi się coraz ostrzej i bardziej brutalnie. Czy w perspektywie długofalowej rzeczywiście można wyciągnąć takie wnioski?

Absolutnie nie i takie wrażenie jest mylne. Ludziom w Ameryce może się tak wydawać, bo oceniają zaledwie kilka ostatnich kampanii, jednak podchodząc do tematu całościowo szybko zweryfikujemy to założenie. Jedna z najbrutalniejszych kampanii w historii USA miała miejsce w 1800 r., kiedy odbywały się zaledwie czwarte wybory w historii naszego kraju. To wówczas kandydat Republikanów, Thomas Jefferson zatrudnił zawodowych pisarzy, by ci pisali paszkwile na temat jego przeciwnika, Johna Adamsa, nazywając go publicznie „ohydnym hermafrodytą”. Zwolennicy Adamsa nie pozostali dłużni i przed samymi wyborami rozsiewali plotki, że Jefferson nie żyje, a kto chciałby głosować na martwego kandydata? Ostatecznie Jefferson wygrał, jednak sposób rywalizacji między panami nadał ton wyborom na kolejne sto lat. W tym czasie kandydaci atakując się wzajemnie używali różnych chwytów, próbując zdyskredytować kontrkandydata jako niemęskiego, chciwego, zepsutego, szalonego lub jako pijaczynę. Wydaje mi się, że brutalność wpisana jest w każdą kampanię prezydencką, bo mobilizuje amerykański elektorat. Czysta debata sprawia, że ludzie zasypiają z nudów, a nie ma nic gorszego niż znudzeni wyborcy.

Jak w tym kontekście wygląda kampania Donalda Trumpa i Hilary Clinton?

Z pewnością jest ona brutalna i wpisuje się w długą tradycję amerykańskich wyborów, jednak brudne chwyty jakie stosują kandydaci, a więc osobiste wycieczki pod adresem fizycznego wyglądu są charakterystyczna bardziej dla kampanii z XIX wieku, niż tych, które znamy współcześnie. Weźmy chociaż sytuację, kiedy Donald Trump szydzi z niepełnosprawności reportera „New York Timesa”, publikuje dziecinne nicki swoich przeciwników w internecie, czy insynuuje Hilary Clinton skłonności lesbijskie. Postawa jaką prezentuje kandydat Republikanów była typowa dla kandydatów w czasie kilku pierwszych amerykańskich wyborów. Wzrost brutalności pod względem wzajemnych ataków jest widoczny zwłaszcza w ciągu ostatnich tygodni, przede wszystkim po debatach i wypłynięciu taśm, na których pełno jest oszczerstw wobec kobiet. Ale pamiętajmy, że i stawka jest wysoka. 

Donald Trump, Historicon

Wróćmy do przeszłości, jeśli miałby Pan wskazać najbardziej brutalną i nieprzyzwoitą kampanię prezydencką w historii amerykańskich wyborów, która by to była?

Och, było ich wiele, ale osobiście uważam, że najdalej kandydaci posunęli się w roku 1876, kiedy o fotel prezydenta rywalizowali republikanin Rutherford Hayes i demokrata Samuel Tilden. Hayes, który nie pił oskarżany był o pijaństwo i zastrzelenie w amoku własnej matki, a Tildenowi jako kawalerowi zarzucano wałęsanie się z prostytutkami, które w dodatku miały go zarazić syfilisem. Oczywiście nic z tych rzeczy nie było prawdą. Co ciekawe ciosy poniżej pasa stosowali nie tylko kandydaci, ale i ich partie. Zwolennicy Hayesa, który ostatecznie wygrał wybory, posunęli się do fałszerstw, nie tylko w glosowaniu powszechnym, ale i podczas Kolegium Elektorów. Spowodowało to ogromne napięcia i walki między stronami, które zakończyły się w Sądzie Najwyższym. Demokraci, partia Południa w owym czasie, ostatecznie dali za wygraną, ale za cenę ustępstw w sprawie tzw. Rekonstrukcji, czyli okresu, w którym zwycięska Północ po wojnie secesyjnej, zaprowadzała na Południu własne porządki. Przez wszystkie machlojki Rutherford Hayes przezywany był później „Rutherfraud”.

Która z kampanii była w takim razie najbardziej zaskakująca?

Przychylam się tutaj do opinii większości historyków, że największą niespodziankę sprawił wyborcom Harry Truman, kandydat Demokratów sprawujący w tamtym czasie funkcję prezydenta, który w 1948 r. ubiegał się o reelekcję. Jego kontrkandydatem ze strony Republikanów był Thomas E. Dewey, młody polityk uważany powszechnie za wyjątkowo zdolnego i charyzmatycznego. Do ostatnich chwil wszystkie sondaże wskazywały na niego jako zwycięzcę. Truman próbował co prawda zdyskredytować przeciwnika, przedstawiając go jako aroganta (Dewey kazał mu trzymać się z daleka od polityki zagranicznej do czasu rozstrzygnięcia wyborów), jednak oficjalnie nie wpływało to na sympatie czy antypatie Amerykanów. Ostateczny wynik zaskoczył jednak wszystkich, Truman, choć bardzo niewielką liczbą głosów, ostatecznie zwyciężył, choć nikt nie dawał mu szans.

Kto częściej stosował chwyty poniżej pasa – Demokraci czy Republikanie – jeśli pokusilibyśmy się o zestawienie?

To zależy od epoki i tego, kto startował w wyborach. Weźmy chociaż dwie kampanie z lat 60. kiedy wygrywali kandydaci Demokratów – z roku 1960, kiedy wygrał John F. Kennedy i z roku 1964 kiedy wygrał Lyndon Johnson. W obydwu przypadkach Demokraci stosowali ohydne zagrywki, łącznie ze zmuszeniem do lądowania samolotu kandydata Republikanów – Barry’ego Goldwatera, czy podliczaniem tzw. „martwych głosów”, polegającym na głosowaniu w imieniu osób nieżyjących (co niestety jest częstą praktyką w amerykańskiej polityce). Z kolei Republikanie w 1972 r., czyli w czasie kiedy wybuchła afera Watergate, wcale nie byli lepsi i grali wyjątkowo podle aż do roku 1988, kiedy George H.W. Bush pokonał w wyborach Michaela Dukakisa. Generalnie odnoszę wrażenie, że im bardziej kontrowersyjne hasła wyborcze towarzyszą danej kampanii, tym bardziej nieczysto gra cały sztab kandydata. To myślenie w stylu – nie mamy nic do stracenia.

Z tym jak wiemy bywa różnie. W takim razie, który kandydat w całej amerykańskiej historii cieszył się największym poparciem społecznym? Chodzi o liczbę zdobytych głosów…

W tym względzie bezkonkurencyjny był Richard Nixon, który w 1972 roku starał się o reelekcję. Pokonał wówczas kandydata Demokratów, George McGoverna miażdżącą przewagą głosów 46 do 28 mln. Ciekawe, że ten rekord nie przyniósł mu szczęścia, bo Nixon jako jedyny amerykański prezydent w historii zrezygnował z urzędu przed upływem kadencji (w związku z aferą Watergate).

To tylko fragment tekstu opublikowanego w serwisie Onet.pl. Cały artykuł dostępny jest na stronie internetowej  serwisu.

Warto przeczytać:

Joseph Cummins, Gra o Biały Dom. Haki, ciosy i nieczyste zagrania amerykańskich kampanii wyborczych, Wydawnictwo RM, Warszawa 2016.

Gra o Biały Dom, Historicon

Dodaj komentarz