Kto poskromił słynnego Psa Wojny?

onet logo

Życie najemnika do łatwych nie należy. Przekonał się o tym Simon Mann, który ostatnie zlecenie odkupił latami tortur i poniewierania. O tym, jak próbował obalić dyktatora Gwinei Równikowej, mówiły niemal wszystkie media świata. 

Gwinea Równikowa to była kolonia hiszpańska w Afryce, położona między Kamerunem a Gabonem. Nikt nie zwracał uwagi na ten niewielki, porośnięty dżunglą kraj, do czasu aż nie odkryto tam ropy. Zainteresowanie wzrosło zwłaszcza po 11 wrześnie 2001 r. Nie z tego ni z owego okazało się, że Gwinea posiada trzecie pod względem wielkości złoża w Afryce, a malutkie zapomniane państewko zaczęło mienić się Kuwejtem Afryki.

Pozostawał mały problem. Krajem od 1979 r. twardą ręką rządził Teodoro Obiang Nguema Mbasogo, despotyczny dyktator, za czasów którego korupcja stała się synonimem władzy. Sam Obiang oskarżany był o trwonienie majątku narodowego. Choć dzięki zyskom z ropy, dochód na mieszkańca plasuje się na poziomie Francji, większość obywateli żyje za dwa dolary dziennie. Prezydent buduje za to wille na wzgórzach Californii. O Obiandze mówiło się też, że jest kanibalem.

W oczach wielu zachodnich biznesmenów potrzebna była zmiana. Najlepiej poprzez szybki i skuteczny zamach stanu. Trzeba było znaleźć tylko odpowiedniego człowieka, a nikt nie nadawał się do tego lepiej niż Simon Mann, brytyjski najemnik, który na wojnach w Afryce zbił fortunę.

Simon Mann, Historicon

Propozycja nie do odrzucenia

Mann, pochodził z zamożnej brytyjskiej rodziny. Ukończył elitarną szkołę w Eton (skąd pochodzi 19 premierów Wielkiej Brytanii), prestiżową akademię wojskową w Sundhurst, a następnie został komandosem SAS. Służył w Irlandii Północnej, Ameryce Łacińskiej, na Cyprze i w Iraku. W wojsku jednak zwyczajnie się nudził. Potrzebował silnych wrażeń i… większych zarobków, na które nie mógł liczyć pozostając przy żołnierskim żołdzie.

Postanowił zostać najemnikiem. Zawód może mało chwalebny, ale często o nieprzyzwoicie wysokich zarobkach i dużą dawką adrenaliny, której tak poszukiwał. Pracował w firmie Executive Outcomes, dostarczającej najemników rządom, które było na to stać. Następnie pod koniec lat 90. założył własną firmę Sandline International. Walczył m.in. w Angoli, Sierra Leone i Papui Nowej Gwinei. Znany był jako Pies Wojny.

Idealnie nadawał się do zadania obalenia dyktatora Gwinei Równikowej. Poza tym był już po pięćdziesiątce, zamierzał przejść na emeryturę, a akcja z Obiangiem miała być ostatnią w jego karierze. O wynagrodzeniu nie wspominając. Za zlecenia miał dostać 15 mln dolarów, paszport dyplomatyczny, gwarancję nietykalności i 30 proc. pieniędzy Obianga jakie zdoła znaleźć na jego zagranicznych kontach bankowych (a było tego sporo, bo jak się okazało, tylko w waszyngtońskim banku Obiang trzymał więcej pieniędzy niż cała Arabia Saudyjska). Rozpoczęto więc przygotowania.

Szybkie planowanie, jeszcze szybsza obława

Plan był prosty. Obiang miał zostać wywieziony z kraju lub zabity. Jego miejsce miał zająć Severo Moto, gwinejski dysydent, który ukrywał się w Hiszpanii. Jeden oddział pod wodzą Nicka du Toita, przyjaciela Manna, miał wylądować w Stolicy kraju Malabo i w umówionym czasie przejąć kontrolę nad lotniskiem, by drugi oddział z Simonem na czele mógł wylądować prywatnym samolotem, wyładowanym bronią i amunicją. Logistykę utrudniała topografia kraju, bowiem stolica kraju znajduje się na małej wysepce, jakieś 40 km na zachód od kontynentu.

Niestety nie wszystko szło zgodnie z planem. Jeszcze na etapie ustalanie szczegółów, kiedy Mann przebywał w RPA, o akcji mówiło się tyle, że wiedziały o niej wywiady przynajmniej kilku państw. Mann wiedział o tym i brak reakcji traktował jako ciche przyzwolenie na pozbycie się dyktatora. Przeliczył się.

Kiedy w marcu 2004 r. jego oddział z 64 komandosami znalazł się w Zimbabwe, został zatrzymany przez tamtejszą armię. Mieli lecieć do Konga, by tam zaopatrzyć się w broń. Nawalił jednak dostawca, przez co zmuszeni byli do szukania kontaktu w Zimbabwe. Kiedy armia wkroczyła do samolotu, żołnierze ujrzeli kilkudziesięciu barczystych mężczyzn, którzy nie wyglądali jakby wybierali się na piknik. Poza tym w ich bagażach znajdowały się nie tylko mundury, saperki, farby maskujące, ale nawet składane łodzie pontonowe.

Nie pomogły tłumaczenia, że są wynajętymi ochroniarzami do jednej z kopalni diamentów w Kongu. Wszystkich aresztowano. Plan wziął w łeb z powodu niesolidnego handlarza bronią i zbytniej gadatliwości kompanów Manna. Wywiad RPA, który jest wyjątkowo cięty na najemników, nie wahał się ani chwili, by powstrzymać spiskowców. Dzień po aresztowaniu zespołu Simona, w Malabo aresztowano resztę załogi, która miała zając się lotniskiem. Był to rzeczywisty koniec akcji, która dłużej była planowana niż realizowana, jednak w oczach opinii publicznej jej początek dopiero nadchodził.

Simon Mann, Historicon

Przysługa za przysługę

Aresztowanych w Zimbabwe brutalnie przesłuchiwano. Bito ich i  kopano. Choć większość komandosów została zwolniona, konsekwencje ponieśli dowódcy. Mann dostał 7 lat więzienia (które skrócono ostatecznie do 4 lat), co było wyjątkowo łagodnym wyrokiem przy 34 latach dla Nicka du Toita, którego złapano w Gwinei i tam sądzono.

Na tym jednak nie koniec. Ekstradycji Manna domagał się dyktator Gwinei, na którego szykowany był zamach. Obiang chciał, aby najemnik odpowiadał przez tamtejszym wymiarem sprawiedliwości. Dobito targu. Nie cieszący się najlepszą opinią Robert Mugabe, dyktator Zimbabwe, zgodził się wydać Manna w zamian za ropę wartą 1,5 miliarda dolarów i obietnicę, że Brytyjczyk nie zostanie skazany na śmierć. Dodatkowe 20 mln dolarów Mugabe dostał w prezencie za to, że ostrzegł Obianga o planowanym zamachu.

Perspektywa nie była najlepsza. Więzienie w Zimbabwe do przyjemnych nie należy, ale więzienie Czarna Plaża, w Gwinei, do której trafić miał Mann, to jedno z najgorszych więzień świata, a na pewno najgorsze w Afryce. Więźniowie nie wychodzą tam nawet z cel. Są non stop bici, gwałceni i torturowani m.in. prądem. Kajdan na rękach i nogach nie rozkuwa się nawet do snu, a o lekarzu nikt tam nie słyszał. Świadomość kolejnych kilku lat w takim miejscu nie mogła wpływać pozytywnie na psychikę więźnia.

Na nic się zdały prośby i petycje pisane przez Manna i jego prawnika. W styczniu 2008 r. niedoszłego zabójcę Obiangi, przetransportowano do Gwinei. Już lipcu odbył się proces, którego rozstrzygnięcie śledziły największe media na całym świecie. Wyrok jednak zapadł. I to surowszy niż domagał się tego prokurator. Manna skazano na 34 lata i dwa dni więzienia w Czarnej Plaży, czyli w praktyce na dożywocie.

Kto za tym wszystkim stoi?

Mann był wściekły i przerażony. Wściekły na wszystkich mocodawców, którzy chętnie płacili za pozbycie się niewygodnego polityka, a kiedy wszystko poszło nie tak, nikt nawet nie zapytał, czy mu czegoś potrzeba. Z drugiej strony trudno doszukiwać się w tym myśleniu logiki, bo jak ktoś bierze udział w tzw. mokrej robocie, której celem jest zabicie prezydenta innego kraju, to chyba nie liczy na to, że w przypadku niepowodzenia, ktokolwiek przyzna się do kontaktów z nim. Tak też się stało.

Lata bicia i nieludzkich warunków sprawiły, że Mann postanowił zadbać tym razem o własną skórę i zaczął sypać. Kilka nazwisk podał jeszcze w więzieniu w Zimbabwe, ale w Gwinei, rozkręcił się na dobre. Najpierw wymienił 12 biznesmenów z londyńskiego city. Wśród nich znalazł się m.in. David Hart, były doradca premier Margaret Thatcher z czasów, gdy zwalczała strajki górników.

O planowanej akcji wiedziały wywiady Wielkiej Brytanii, Stanów Zjednoczonych i Hiszpanii. Nie zrobiły jednak nic, by powstrzymać napastników, co świadczy o ich cichym przyzwoleniu na takie rozstrzyganie sporów. Głównym zleceniodawcą miał być Eli Khalil, libański przedsiębiorca, który oczywiście wszystkiego się wyparł. Największy skandal wywołał jednak udział w spisku, Marka Thatchera, syna byłej premier Wielkiej Brytanii.

To on był jednym z najbardziej zainteresowanych upadkiem Obiangi. Mark Thatcher przyznał się, że wyczarterował dla Manna śmigłowiec, zaprzeczył jednak, że miał cokolwiek wspólnego z zamachem, a tym bardziej, że miał stać za jego finansowaniem. Thatcher zeznał, że w jego mniemaniu pożycza Mannowi śmigłowiec jako jednostkę medyczną. Maskarada trwała do końca śledztwa. Ostatecznie  Margaret Thatcher wpłaciła 500 tys. dolarów kaucji za syna, a ten nie został postawiony w stan oskarżenia.

Skrucha i ułaskawienie

Obiang był zachwycony. Zyskał fantastyczne dowody na to, że wszyscy spiskują przeciwko niemu i tak naprawdę to on jest ofiarą imperialistycznej polityki zachodnich mocarstw. Zanim jeszcze doszło do rozprawy w Gwinei, Mann liczył na to, że dzięki temu, że sypie, zostanie przez prezydenta ułaskawiony. Miał ku temu powody.

W zamian za zdradzenie zleceniodawców, a przede wszystkim na zachętę, by rozkręcić się w zeznaniach, mieszkał w Czarnej Plaży jak w hotelu. Miał do dyspozycji pojedynczą celę, urządzenia do gimnastyki, bibliotekę z książkami i gazetami, a o jego zdrowie dbał osobisty lekarz prezydenta. Zamiast więziennego wiktu posiłki przywożono mu z drogiego hotelu Paraiso.

Transmisję z procesu nadawało kilka zachodnich stacji. Urządzono szopkę dla dziennikarzy. Rzekomo w obawie przed zamachem na Manna, reporterom kazano zdjąć buty i założyć przygotowane klapki. Musieli oddać także swoje długopisy, gdyż „mogły w nich być pociski z trucizną”. Mało tego, przed gmachem sądu stał w pogotowiu czołg. Wyrok 34 lat był zaskoczeniem dla wszystkich. Jednak już rok później najsłynniejszy najemnik Afryki wyszedł na wolność,  ułaskawiony przez samego prezydenta. Skąd takie miłosierdzie w dyktatorze, którzy kazał wypuścić swego niedoszłego zabójcę? Ze względów propagandowych oczywiście.

Autor: Kamil Nadolski

To tylko fragment tekstu opublikowanego w serwisie Onet.pl. Cały artykuł dostępny jest na stronie internetowej  serwisu.

Dodaj komentarz