Robo Sapiens

rp logo  plusminus, logo

Roboty i sztuczna inteligencja wdarły się do naszego codziennego życia. Czy ich ekspansja pozbawi ludzi pracy? A może wręcz przeciwnie, wykreuje zupełnie nowe zawody, a roboty przejmą od nas to, co najbardziej uciążliwe?

Fran Pepper waży 28 kg i mierzy 120 cm wzrostu. Ma białą lśniącą powłokę i wielkie szklane oczy. Już dziś wzbudza życzliwy uśmiech na twarzy każdego, kto zawita na kampus belgijskiej uczelni PXL w Hasselt. A okazji do urzekania gości będzie miała wiele, bo od lutego rozpoczęła pracę w tamtejszej recepcji. Jest tylko jeden mały szczegół – Fran Pepper to humanoidalny robot, który dzięki sztucznej inteligencji z każdym miesiącem wie i rozumie więcej na temat otaczającego go świata. Jego twórcy zapewniają, że gdy po raz drugi pojawimy się na uczelni, Fran Pepper będzie nas już pamiętała. 

Na razie oficjalnie nadal pozostaje robotem, ale kto wie, być może już niedługo zostanie jej przyznany status „osoby elektronicznej”, funkcjonujący na równi z pojęciami osoby fizycznej oraz osoby prawnej. Między innymi taką propozycję przyjęła w styczniu komisja ds. prawa Parlamentu Europejskiego (JURI), która przegłosowała sprawozdanie określające standardy etyczne oraz kwestię odpowiedzialności za wypadki z udziałem robotów. Wśród proponowanych rozwiązań znajduje się pomysł stworzenia unijnego rejestru „inteligentnych robotów”, czyli maszyn, które działają autonomicznie i są w stanie uczyć się poprzez interakcje z otoczeniem, zakaz modyfikowania robotów w taki sposób, by pełniły one funkcję broni oraz obowiązek projektowania robotów w taki sposób, aby można je było bez trudu zidentyfikować jako maszyny. Posłowie wezwali wreszcie do opracowania obowiązkowych ubezpieczeń, które miałyby stanowić rekompensatę dla ofiar wypadków z udziałem autonomicznych robotów oraz chcą zobowiązać ich producentów do wbudowania w swoje produkty mechanizmu pozwalającego w każdej chwili na wyłączenie urządzenia (tzw. „kill switch”). Nad nowymi zmianami ma teraz głosować Parlament Europejski.

– Robotyzacja wpływa na coraz więcej dziedzin naszego codziennego życia. Aby zmierzyć się z tą rzeczywistością i zapewnić, że roboty będą służyć ludziom, pilnie musimy stworzyć solidne europejskie ramy prawne – przekonuje Mady Delvaux, europosłanka z Luksemburga, która przygotowała zatwierdzony przez JURI raport.

Politycy nie mają wątpliwości, że Bruksela powinna uchwalić przepisy związane ze sztuczną inteligencją, nawet jeśli roboty staną się częścią naszej rzeczywistości dopiero za 10 czy 20 lat. Jednak czy aby na pewno trzeba będzie aż tyle czekać? Wróćmy do Fran Pepper. Pod koniec stycznia jako pierwszy robot w historii została zarejestrowana w Urzędzie Stanu Cywilnego. Na akcie urodzenia, podpisanym przez burmistrz miasta Hasselt, figuruje jako robot płci żeńskiej, a jej rodzicami zostali projektanci – Astrid Hannes oraz Francis Fox. Ni mniej ni więcej oznacza to, że Belgia po raz pierwszy w historii przyznała obywatelstwo robotowi.

Mechaniczne wsparcie

– Gdy w życiu codziennym pojawia się coraz więcej urządzeń działających w dużym stopniu autonomicznie, konieczne jest wprowadzenie przepisów prawnych regulujących zasady takiego korzystania z nich, aby nie stanowiły zagrożenia dla ludzi – mówi prof. Barbara Siemiątkowska z Instytutu Automatyki i Robotyki Politechniki Warszawskiej. Przypomina jednocześnie, że podobne rozwiązania nie są niczym nowym. Już w 1942 r. wybitny pisarz powieści science-fiction Isaac Asimov stworzył trzy prawa robotów, które do dziś są niepisanym kodeksem zasad etycznych w relacjach między człowiekiem a robotem. Sformalizowanie tego typu zapisów było jedynie kwestią czasu.

Pytanie o to, czy jesteśmy gotowi na widok towarzyszących nam wszędzie androidów od lat budzi emocje. Większość z nas pewnie nie, choć warto przypomnieć, że sytuacja wyglądała podobnie przy okazji innych skoków technologicznych, z którymi mieliśmy do czynienia. Tymczasem roboty, czy tego chcemy czy nie, od dawna towarzyszą nam na co dzień. Może nie przypominają jeszcze ludzi, ale za to skutecznie wyręczają nas w wielu czynnościach. Wystarczy uzmysłowić sobie, że na całym świecie w różnych gałęziach przemysłu pracuje dziś kilka milionów z nich. W Polsce nadal stosunkowo niewiele, bo według danych Międzynarodowej Federacji Robotyki (IFR) na każde 10 tys. pracowników przypada u nas 22 roboty, podczas, gdy średnia europejska to 85. Daleko nam do takich krajów jak Niemcy (292 roboty), Japonia (320), czy Korea Południowa (347), ale pocieszające jest to, że mamy tendencję wzrostową – średnio 15 proc. rocznie. To o tyle ważne, że wskaźnik robotyzacji i automatyzacji przemysłu realnie wpływa na pozycje gospodarczą państwa na świecie. Niezmienne pozostaje pytanie, na ile potraktujemy robota tylko jak maszynę, a na ile wpuścimy go do swojego życia.

W Japonii androidy pracują jako recepcjoniści w hotelach, sprzątają pokoje i biura, karmią osoby starsze i niepełnosprawne, podają herbatę i witają gości. Przygotowują sushi i uprawiają ryż. Wtopiły się w codzienne życie przemysłowe do tego stopnia, że czasami podczas pierwszych dni swojej pracy są witane w fabryce w czasie ceremonii religijnych Shinto. To jednak nie koniec, bo z każdym rokiem ich możliwości techniczne zadziwiają świat. Naukowcy z Bristol Robotics Lab zbudowali na przykład robota wyposażonego w sztuczne jelito. Sam potrafi trawić biomasę, czerpiąc w ten sposób energię, pozwalającą na funkcjonowanie siedem dni bez przerwy. Do „życia” potrzebuje wody, którą regularnie pobiera, a raz na dobę pozbywa się niewykorzystanych resztek. Współczesne androidy da się już wyposażyć w e-skórę, materiał o właściwościach podobnych do skóry człowieka, a także w mechaniczny nos, język i oczy. Dzięki przesyłanym impulsom, przetwarzanym w postaci algorytmów, roboty uczą się rozpoznawać zapachy, smaki i obrazy z jakimi mają do czynienia na co dzień.

Z badań prof. Kerstin Dautenhahn z University of Hertfordshire, która od kilku lat w specjalnie zaprojektowanym domu-laboratorium bada wzajemne relacje ludzi i robotów wynika, że 20 proc. Brytyjczyków widziałoby w robotach swojego przyjaciela i tyle samo, partnera. Co więksi fantaści, jak szkocki mistrz szachowy David Levy, który od lat zajmuje się sztuczną inteligencją, przekonują, że nawet seks z robotem to tylko kwestia czasu, zaś pierwsze mieszane małżeństwo pojawi się na świecie już w 2050 r. (biorąc pod uwagę stan naszej cywilizacji i to, że pierwszy ślub mężczyzny z lalką mamy już za sobą to więcej niż prawdopodobne).

Jednak w przeciwieństwie do japońskiej popkultury, gdzie roboty są synonimem przyjaznych pomocników, zachodnia cywilizacja od dziesięcioleci karmiona jest futurystycznymi wizjami, gdzie maszyny stawiano po drugiej stronie barykady – jako potencjalne zagrożenie. Czy rzeczywiście mamy się czego obawiać? Wiele osób twierdzi, że tak.

Roboty, do roboty

Najwięcej obaw budzi kwestia pracy. Pesymiści wieszczą, że roboty wyręczą nas kiedyś we wszystkim i nie będziemy już potrzebni, co będzie oznaczało nasze zawodowe zabójstwo. Tego typu strach podsyca kilka głośnych opracowań z ostatnich lat. Raport McKinsey Global Institute dotyczący przyszłości produkcji przemysłowej oblicza skalę redukcji etatów związaną z automatyzacją zakładów pracy. Zdaniem autorów to, że technologia wpływa na ożywienie gospodarcze, nie oznacza wzrostu zatrudnienia. W efekcie pod koniec XX wieku w fabrykach krajów rozwiniętych pracowało 63 mln osób, podczas gdy dzisiaj to nieco ponad 45 mln. W Stanach Zjednoczonych pracuje o 26 proc. mniej osób niż w 1998 r., w Japonii o 21 proc., a w Korei Południowej o 11 proc. Jeszcze dalej poszli Carl Frey i Michael Osborne, ekonomiści z Oxfordu, którzy przeanalizowali 702 zawody i doszli do wniosku, że blisko połowa miejsc pracy w USA (47 proc.) jest zagrożona. Pracujący Amerykanie zostaną zastąpieni przez algorytmy, roboty i inne nowe technologie, które dojrzewają właśnie do masowego zastosowania.

Eksperci, którzy na co dzień mają do czynienia z robotyką traktują jednak tego typu doniesienia z przymrużeniem oka. – Ludzie buntowali się już w czasach maszyn parowych, widząc w nich zagrożenia dla swojego miejsca pracy. Stwierdzenie, że roboty odbierają nam pracę to zbyt śmiały wniosek. Gdyby nie automatyzacja przemysłu zaledwie jedna osoba na sto mogłaby się pochwalić własnym samochodem, bo jego produkcja byłaby niezwykle droga. Zresztą koszt zwykłego miksera byłby nieporównywalnie wyższy – mówi inż. Łukasz Wojtczak z Przemysłowego Instytutu Automatyki i Pomiarów PIAP.

Jeszcze dalej idzie Jędrzej Kowalczyk, prezes FANUC Polska, jednego z największych światowych producentów robotów przemysłowych, który twierdzi, że roboty nie tylko nie odbierają ludziom pracy, ale wręcz generują zapotrzebowanie na nowych pracowników. – Automatyzacja firmy wiąże się najczęściej z pracą na 24 godziny na dobę, co wymaga wprowadzenie systemu trzyzmianowego. To generuje znaczny wzrost zatrudnienia. Taką tendencję obserwujemy choćby u nas na Dolnym Śląsku w branży motoryzacyjnej. Firmom wręcz brakuje ludzi do pracy – mówi.

Na potwierdzenie swoich słów odwołuje czytelników do badań Międzynarodowej Federacji Robotyki (IFR). Rzeczywiście w jednym z ostatnich raportów czytamy, że roboty przemysłowe stworzyły do tej pory co najmniej 10 mln miejsc pracy i tylko w latach 2017-2020 przybędzie od 1 do 2 milionów kolejnych. Badania Instytutu Badań nad Gospodarką Rynkową przeprowadzone w Polsce, potwierdzają, że w 63 proc. firm robotyzacja nie zmieniła poziomu zatrudnienia. Skąd więc te rozbieżności? Raporty dotyczące likwidacji stanowisk w fabrykach nie uwzględniają tworzenia nowych miejsc pracy. O ile bowiem zapotrzebowanie na proste i monotonne czynności typu kopanie, wycinanie, czy praca przy taśmie rzeczywiście są zastępowane robotami, to jednak rośnie zapotrzebowanie na zupełnie inne zawody. Mniej ludzi potrzeba do wyprodukowania elektroniki, ale więcej pracuje w usługach i handlu. Bo choć coraz łatwiej jest dziś coś wyprodukować, coraz trudniej to sprzedać. Mamy więc do czynienia raczej ze zmianą struktury zatrudnienia niż odbieraniem pracy przez roboty.

– Nie można walczyć z tym, że świat się zmienia. Mamy ciągły postęp, więc niektóre zawody zupełnie znikają. Tak się stało ze stangretami, forysiami, bednarzami czy kowalami –Ludzi można i trzeba zagospodarować gdzie indziej. Tu widzę ogromną rolę państwa, które powinno postawić na nowoczesną edukację. Skoro zmienia się technologia to musi się zmienić patrzenie na edukację. Zamiast przyuczać ludzi do znikających zawodów warto byłoby kreować nowe kierunki zgodne z zapotrzebowaniem rynku – mówił nie tak dawno  Jacek Okrutny, prezes Andrychowskiej Fabryki Maszyn DEFUM. I trudno nie przyznać mu racji.

Po pierwsze, nie szkodzić!

Zupełnie inaczej sytuacja wygląda, gdy roboty z poziomu czysto mechanicznego zaczynają dzięki sztucznej inteligencji wkraczać na poziom decyzyjny. Bardzo łatwo przekroczyć tu pewną granicę, choć tak naprawdę nie do końca wiadomo gdzie powinna być ona wytyczona. – Robot to urządzenie, które powinno zastępować kinematyczne i intelektualne funkcje człowieka w procesach, które są niebezpieczne, uciążliwe czy monotonne. Wówczas jego wykorzystanie jest prawidłowe. Roboty nie mogą nas we wszystkim wyręczać – uważa prof. Edward Jezierski, kierownik Zakładu Sterowania Robotów Politechniki Łódzkiej.

A postęp w dziedzinie sztucznej inteligencji jest oszałamiający. Przez lata podstawowym kryterium wyższości komputera nad człowiekiem były szachy. Gdy w 1997 r. program Deep Blue pokonał Garriego Kasparowa, pocieszano się, że ostatnim bastionem ludzkiej inteligencji jeszcze na długo pozostanie przynajmniej gra w go. Tam zamiast 64 pól jest 361 skrzyżowań, a liczba scenariuszy dla każdej partii wynosi aż 10 do potęgi 761. Przy tak abstrakcyjnej liczbie możliwości nie wystarczy czysta matematyka. Potrzeba czegoś, czego roboty nigdy nie posiądą – intuicji. Tak przynajmniej myślano do marca 2016 r., kiedy sztuczna inteligencja pokonała mistrza świata w go – Koreańczyka Lee Sedola.

Autor: Kamil Nadolski

To tylko fragment tekstu opublikowanego na łamach magazynu Plus Minus dziennika Rzeczpospolita (9 III 2017 r.). Cały  artykuł dostępny jest w papierowym wydaniu gazety.

 

Dodaj komentarz